Extasy '93He! Ten koncert jest pierwszym moim doświadczeniem z CETI podobnie jak kiedyś pierwszą w życiu płytą, którą słyszałem DEEP PURPLE, było “Made In Japan”. Jakoś tak same mi się reminiscencje pojawiły w tym miejscu. Znałem twórczość Kupczyka z płyt Non Iron i Turbo, ale CETI dotąd nie znałem. No i miło mi, że mam możliwość poznania jej właśnie w takiej koncertowej odsłonie. Niezła pamiątka, tym bardziej, że poddana cyfrowemu odświeżeniu, które przysłużyło się płycie. Myślę, że jest to niezła gratka dla fanów. Materiał, który stworzyło wówczas CETI na żywca miał charakter heavy metalowego performance, i tytuł krążka jest jak najbardziej adekwatny do zawartości. Ekstaza, odjazd. Niesamowite przyjęcie zgotowane przez fanów porównywalne może być z największymi kapelami z zachodu. Trzeba przyznać, że Kupczyk wyszukał do swego projektu interesujących muzyków. Gitarzysta Andrzej Łysów udzielał się z nim już wcześniej w Non Iron, bo pamiętam go i poza tym ma rozpoznawalny styl. Klawiaturę obsługuje Marihuana. Maciek Przybylski grający na basie – moje zastrzeżenia troszeczkę, do brzmienia instrumentu na płycie, ponieważ wyszło trochę rozwodnione, ale w sumie jest to tylko zapis koncertu. No i to co gra tu pałker Marcin Krystek, to dla mnie mistrzostwo świata, obdarzone dużym feelingiem gatunku, a przy okazji w połączeniu z resztą ekipy napędzające taką lekką progresywną tkankę... Przynajmniej na żywo wyszło to bardzo spójnie. Ale mówię, nie znam ich płyt studyjnych, więc nie wiem, na ile to po prostu wyszło samo z siebie pod wpływem kontaktu z publiką. Na żywca przynajmniej mnie skopało po jajach. Myślę, że spokojnie ten materiał można położyć obok takich artystów znanych jak Ronnie James Dio, Deep Purple, Uriah Heep i tym podobne. Tylko z koniecznym zaznaczeniem, że to brzmi jednak bardziej heavy niż hard. O np. teraz znane są takie Blind Guardian, Iced Earth czy HammerFall, o to jest takie mniej więcej granie. Wiecie, power/heavy metal z elementami rocka przestrzennego, progresywnego. No i co nie dziwi, podobne jest to trochę do Non Iron, o tyle, że w całości jest to mniej łzawe... Kurde żałuję, że wtedy, że w tamtych latach, nie miałem okazji poznać ich muzyki na koncertach. Niesamowicie pewna swego ekipa, kierująca reakcjami widowni, eksploatująca ich siły pod sceną i porywająca umysły, co widać na bonusowym wideo zamieszczonym na płycie. Tak, tak... Tak w Polsce się grywało. Zrzucające PRL-owski post rozpościerające skrzydła rzesze sprawnych i obdarzonych wyobraźnią muzyków tworzyło wówczas niesamowicie konkurencyjny repertuar dla stagnacji reszty świata. Problemem CETI było chyba to, że jak na kapelę tak dużego formatu, nie mieli w sumie chwytliwego przeboju, który by ich mógł wypchnąć wyżej, jak w przypadku konkurencji z zachodu. Bo w sumie ekipa w teorii mogła zapewnić im sukces nie tylko artystyczny, ale również komercyjny. Nazwisko Kupczyka zna chyba każdy fan metalu w Polsce. No ale żyjemy od wieków w chorej Polsce... A w sumie dobrze by było, gdyby nasi idole w kraju, odseparowani od oficjalnego obiegu i przemiału gwiazdeczek medialnych, nie musieli dziadować, i zbierać na następną płytę latami... Myślę, że dopiero teraz tak naprawdę można dobrze zarejestrować taką muzykę w studiu, żeby nie było wiochy, no ale nie wszyscy muzycy dotrwali w swej misji... Dobrze, że część z tego towarzystwa udało się uchwycić w locie, i teraz w sumie dobrze się słucha takich odświeżonych produkcji, gdy okazuje się, że muzyka, dobra metalowa muzyka, tak daleko znowu jakoś nie odskoczyła. A i wieloletnia posucha na rynku muzycznym swoje zrobiła. Miło się więc wraca do tego, czym się nasiąknęło w młodości. Najlepszy numer na płycie? “Kawaleria Szatana, część trzecia i ostatnia... “ Solo odjazd... jakbym słyszał, chyba Gary’ego Moora normalnie... Przepraszam, że się tyle rozpisałem, ale ta płyta robi dziury w sercu... Metal Centre
DO GÓRY