Shadow of the AngelGrzegorz Kupczyk jest niezniszczalny. Niezmiennie od dwudziestu lat nagrywa kolejne materiały, ale z upływającego czasu bezczelnie sobie kpi. I nie jest to komplement, wokalista zupełnie ignoruje bowiem wszystko, co na przestrzeni ostatnich dwóch dekad wydarzyło się w świecie ciężkiego rocka. Nie, nie wymagam od niego, by naśladował Korn czy Meshuggah, ale – jak pragnę zdrowia – tradycyjny heavy metal czy też power metal wyczerpał swoją formułę w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych i powielanie tych schematów jest dziś po prostu niesmaczne. Co gorsza, jedyne atuty, jakimi mogłaby wyróżniać się ta muzyka – mam na myśli atrakcyjną melodykę i spontaniczną energię – nie są na “Shadow of the Angel” w ogóle eksponowane. Bo jeśli o energii mowa, to nowym utworom Ceti bliżej do pop rocka aniżeli do jakiejkolwiek z odmian metalu, czemu z pewnością nie pomaga dziwnie płaska produkcja albumu. “Natchnione”, przeciągłe partie wokalne opierają się na dość koślawo budowanych liniach melodycznych i nie udowadniają niczego, poza tym tylko, że Kupczyk jest technicznie dobrym wokalistą. Zespół na domiar złego konsekwentnie czerpie z możliwie najbardziej infantylnych źródeł inspiracji, inkorporując do tej heavy papki elementy właściwe rockowi gotyckiemu: rozmiękczające brzmienie, obezwładniające banałem partie klawiszowe oraz sopranowe zaśpiewy Marihuany. Obrazu klęski dopełniają grafomańskie teksty. I w niczym nie pomagają polskojęzyczne wersje czterech utworów ani gościnny udział Petera z Vader w jednym z utworów. Album jest dystrybuowany także na terytorium Niemiec i znając nieobliczalność tamtejszej publiczności może odnieść tam choćby umiarkowany sukces, ale jak świadczy to o kondycji polskiego rocka? Kto tego słucha?! Krzywy
DO GÓRY