Ghost of the universeCztery długie lata przyszło nam czekać na najnowsze dziecko ekipy spod znaku CETI z jej charyzmatycznym liderem na czele – Grzegorzem Kupczykiem. I chyba wszyscy (a przynajmniej ja na pewno) spodziewali się kontynuacji stylu z „Shadows Of The Angel” i „(…) Pefecto Mundo (…)”. Tymczasem zespół zaskoczył wszystkich nagrywając materiał nie tylko brzmiący niezwykle świeżo, ale co najważniejsze, sięgający stylistyką do własnych korzeni. O tym, że Kupczyk jak zwykle prezentuje wysoką formę wokalną, wspominać chyba nie trzeba – utrzymuje ją z powodzeniem od ponad trzydziestu lat, dbając o swoje narzędzie pracy w stopniu, w jakim niewielu wokalistów to czyni. Jak to mówią: „jak dbasz, tak masz…”. Zresztą wystarczy posłuchać na przykład „The Days Of Dirt”. Momentami maniera śpiewania Grzegorza przywodzi mi na myśl wokal Iana Gillana z okresu „Perfect Strangers”. Bardzo mi to odpowiada, tym bardziej że kocham ten akurat album, więc uznaję to za duży plus dla Kupczyka. Reszta zespołu też wciąż się rozwija, co słychać szczególnie w przypadku Bartka Sadury, który z płyty na płytę okazuje się coraz bardziej wszechstronnym gitarzystą. Czasem wręcz trudno uwierzyć, że wszystkie partie gitarowe zostały nagrane przez jednego muzyka, a jednak to prawda. Należą mu się naprawdę wielkie słowa uznania za to co na tym albumie zaprezentował, tym bardziej że maczał palce w komponowaniu prawie połowy materiału na płytę. Osobiście cieszę się, że tym razem partie klawiszowe nie są na tym albumie tak wyeksponowane jak to miało miejsce wcześniej. Są za to doskonałym tłem dla drapieżnie i potężnie brzmiących gitar. Tym razem postawiono na zdecydowane, gitarowe granie – i chwała muzykom za to. Jedynym nawiązaniem do poprzednich albumów wydaje się być „In The Eyes Of Rising Sun”, które sprawia wrażenie materiału przeznaczonego na „(…) Perfecto Mundo (…)”, ale z niewiadomych przyczyn tam nie umieszczonego. Jednak pomimo tego, że na pierwszy rzut oka nie pasuje on do stylistyki albumu, to nie wpływa to jakoś negatywnie na odbiór całości. Na moje szczególne uznanie zasługują na płycie dwie kompozycje: instrumentalny „Black Curtain”, kojarzący się z „Fade To Black” Metallici – spokojne, akustyczne gitarowe otwarcie, przeradzające się w ciężki, motoryczny i thrashowo urywany riff. No i wreszcie majestatyczny, walcowaty „Ghost Of The Universe”, z ciężkimi sabbath’owymi riffami, przywodzącymi na myśl okres panowania w nim ś.p. DIO. Moim skromnym zdaniem warto kupić ten krążek chociażby dla tych dwóch utworów. Cieszy mnie, że po wielu latach mamy wreszcie rasowy, heavy metalowy krążek naszej rodzimej produkcji. Mało ostatnio mamy okazji do posłuchania tego gatunku w naszym ojczystym wydaniu. Szkoda tylko trochę, że znów na płycie zabrakło polskich tekstów, ale biorąc pod uwagę, że płyta została wydana pod skrzydłami EMI, oczywistym jest, że zespół stara się zaistnieć nie tylko na naszym podwórku, ale też w zjednoczonej Europie. Czas pokaże, w jakim stopniu ta sztuka im się uda. O ile nie mam zastrzeżeń do materiału zawartego na dysku, o tyle muszę trochę przyczepić się do oprawy graficznej. Nie jest może zupełnie tragiczna, ale mnie osobiście nie przekonuje. Wiem, że zespół potraktował okładkę z przymrużeniem oka, ale ta konwencja nie do końca mi pasuje. Wydaje mi się, że na dzisiejsze warunki nie powinno być miejsca na grafiki komputerowe wykonywane „byle jak” i „na odpieprz”. W końcu technika i oprogramowanie bardzo poszło do przodu – można było bardziej się postarać. Ale nie mam niestety na to wpływu i muszę przyjąć stan rzeczy takim jaki jest. Co nie zmienia faktu, że i tak najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka – a w tym przypadku ta sama doskonale się broni.
DO GÓRY