Ghost of the universeOd ośmiu lat, od albumu Shadow Of The Angel, zespół CETI utrzymuje równy, bardzo wysoki poziom swych wydawnictw. Miło jest stwierdzić, że ekipie Grzegorza Kupczyka udaje się to bez koniunkturalnego kopiowania tamtego longplaya. Zespół zmodyfikował swój styl na symfoniczno-metalowym albumie (...)perfecto mundo(...) z roku 2007, zaprezentował się z towarzyszeniem orkiestry także na koncertach, a teraz... nagrał płytę maksymalnie tradycyjną, jak mówi Kupczyk. Sztuka polega jednak na tym, że nie chodzi o jakieś sentymentalne, kombatanckie powroty do korzeni. CETI grzeje heavy metal w ciężkiej, bardziej surowej odmianie, brzmiący na czasie i... jakby poza czasem. Produkcja i aranżacje są dość ascetyczne – zwłaszcza po wspomnianych orkiestracjach – ale wcale nie ubogie. Efekt? Włączasz tę płytę, słuchasz i automatycznie podkręcasz głośność. A potem równie automatycznie wciskasz repeat. Riff The Wolves to pierwsza rewelacja. Ciężar jak u Tony’ego Iommiego, do tego pomysłowe wykończenie frazy. Zaraz potem słyszymy monumentalny klawiszowy motyw In The Eyes Of Rising Sun (zresztą jedyny taki na płycie, klawisze zdecydowanie ustąpiły tu miejsca gitarom) podbity smakowicie przesterowanym, warczącym basem. Gdzieś w połowie słychać solo na gitarze klasycznej w wykonaniu... Kupczyka. Popisywanie się w stylu Steve’a Howe’a oczywiście nie wchodzi w grę – lider zagrał dźwięki proste, ale doskonale trafione. Właśnie: na Ghost Of The Universe – Behind The Black Curtain po raz pierwszy u CETI nie ma ani jednej ballady w tradycyjnym rozumieniu. Fragmenty niektórych kompozycji są wszakże łagodniejsze, więc pojawia się potrzebny dla podniesienia dynamiki kontrast – choćby w instrumentalnym Black Curtain czy Anywhere. Ten ostatni utwór to zresztą prawdziwy klejnot, jedna z najwspanialszych kompozycji w całym dorobku CETI... Zaczyna się spokojnie, a Kupczyk wciela się w osobę zmęczoną życiem, w kogoś, kogo marzenia nie spełniły się, kto utracił złudzenia. No i wiarę. Bo słowa I have no words for you, I have no prayer kierowane są do Boga. W barwie głosu lidera CETI jest tu i niemal coverdale’owski, cudny lament, i tęsknota – bo podmiot liryczny wciąż tęskni za uczuciem. A gdy rusza metalowa machina, Kupczyk brawurowo przerzuca się na dickinsonowskie zaśpiewy, czasem też potrafi przeciągle wrzasnąć jak młody Ian Gillan. Wokalne mistrzostwo świata. Zresztą Barti Sadura też jest tu bezlitosny: dwa razy serwuje wejścia gitary o brzmieniu wywołującym dreszcze. Innego rodzaju killerem jest Forever, z szybkim, pełnym furii riffem i śpiewem z barwą głosu, z której nawet ktoś nie znający angielskiego wywnioskowałby zapewne wyznanie miłości do ukochanej kobiety, a jednocześnie pragnienie, by tę miłość można było przeżywać już zawsze. Spośród pozostałych utworów wyróżnię jeszcze Lady Of The Storm, z bardziej połamaną rytmiką, i Break Of Spell, z nokautującym uderzeniem gitarowym, które przeradza się w szybką jazdę. Kolejna świetna płyta CETI. Po prostu. PAWEŁ BRZYKCY
DO GÓRY