BRUTUS SYNDROME CETI okładka M-ARTĆwierćwiecze działalności to granica, której nie przekracza znakomita większość zespołów z wyjątkiem tych, które zasłużenie określa się mianem legend muzycznej sceny. Jest to równocześnie moment, kiedy patrząc z boku wydaje się, że czasy nagrywania pod presją i udowadniania czegoś sobie i innym odeszły w przeszłość. Wypracowana przez lata marka powinna już przecież mówić sama za siebie... A jednak oczekiwania fanów są z reguły tym większe, im większy dorobek ma dany artysta i tym boleśniej odczuwane są przez obie strony przykre wpadki w postaci nieudanych płyt czy spadku wykonawczej formy. Stąd też z tak wielką niecierpliwością wielbiciele Grzegorza Kupczyka i dowodzonej przez niego od lat grupy CETI wyczekiwali tegorocznej premiery ich najnowszej płyty.Zwłaszcza, że od wydania jej poprzedniczki minęły już trzy lata, a nagrania miały być także swoistą "próbą ognia" dla nowego w szeregach formacji basisty, Tomasza Targosza. Płyta, której tytuł zapowiedziano jako Brutus Syndrome, okazała się także być powrotem CETI pod skrzydła hegemona w dziedzinie rocka i metalu na polskim rynku wydawniczym, czyli Metal Mind Productions. W okresie poprzedzającym wydanie "Brutusa" zespół, management i wytwórnia zaczęli dość hojnie gospodarować materiałami ze studia i tak jeszcze przed premierą udało nam się poznać utwory Wizards Of The Modern World oraz Somethin' More, a apetyty zaostrzył zapowiadający pełnowymiarowe wydawnictwo singiel CETI A.D. 2014. Przedpremierowo zagrano także kilka kompozycji z nowej płyty podczas jubileuszowego koncertu we Wrocławiu. Szerokie grono słuchaczy na swój dzień musiało jednak poczekać dopiero do 3 listopada, kiedy to Brutus Syndrome trafiło na półki sklepowe i pod przysłowiowe strzechy, a z pism i serwisów muzycznych zaczęły napływać entuzjastyczne recenzje wydawnictwa. Nadszedł zatem czas, aby przyjrzeć mu się bliżej także i na naszych łamach. Pierwszym, co rzuca się w oczy jeszcze przed umieszczeniem płyty w odtwarzaczu jest niezwykle estetyczne wydanie płyty - tak za okładkę, jak i za oprawę graficzną całości odpowiedzialny jest niejaki Piotr "Szafa" Szafraniec (autor m.in. okładek płyt Wardrum czy Thy Disease) i trzeba przyznać, że wywiązał się ze swego zadania nadzwyczaj dobrze. I choć Brutus Syndrome nie jest do końca albumem koncepcyjnym, a sami muzycy wskazują na raczej luźne powiązania pomiędzy tematyką poszczególnych utworów, grafika jest nie tylko dość wysmakowana, ale i spójna, w duchu dawnych okładek-dzieł, które tworzyły z materiałem nagraniowym nierozerwalną całość. Co zaś kryje sam krążek? Materiał zatytułowany Brutus Syndrome otwiera mocarne wejście bębnów, zwiastujące początek utworu pierwszego - Fight To Kill. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami muzyków, brzmienie jest faktycznie bardziej współczesne i zespół pod kątem muzycznym zdecydowanie nie ogląda się za siebie. Jednocześnie, nie ma tu jednak mowy o odżegnywaniu się od tradycji i drastycznych eksperymentach dźwiękowych. Numer pierwszy jest to zatem potężna, monumentalna kompozycja skrojona wedle najlepszej heavy metalowej miary i choć echa klasyki gatunku niewątpliwie pobrzmiewają gdzieś w tle, na tym etapie trudno mówić o jakimkolwiek naśladownictwie, wszakże CETI to już nie od dziś marka sama w sobie. Podobnie rozpoznawalną i zarazem niezawodną marką w świecie polskiego rocka i metalu jest także głos Grzegorza Kupczyka, który na Brutus Syndrome jawi się być w fantastycznej wręcz formie głosowej i reszta materiału jest tylko potwierdzeniem tego faktu. A skoro o reszcie materiału mowa, w oszalałym tempie, balansując gdzieś na granicy heavy i speed metalu, mknie Wizards Of The Modern World, niosąc kolejną dawkę tnących jak brzytwa riffów wspartych przez doskonałą pracę pulsującej sekcji rytmicznej. Jak było już wspomniane, ze względu na swą reprezentatywność dla zawartości płyty, ten właśnie utwór został wybrany na utwór ją promujący i do niego jakiś czas temu zrealizowano teledysk. W Devil Made Me Do It na pierwszy plan wysuwa się potężny, surowy riff, nieco tylko złagodzony przez (nasuwające skojarzenia z metalem symfonicznym) współbrzmienie klawiszy w tle. Masters Of Dull znów przyspiesza tempa - iście maidenowska gitarowa galopada znajdująca swój finał w udanej, zakorzenionej w tradycji gatunku solówce i okraszona znakomitym wokalem. The Evil And The Troy wkracza brzmieniowo na tereny eksplorowane przez zespoły power metalowe, niosąc ze sobą harmonijne wokale, melodyjne solo i liczne popisy czy też wręcz pojedynki instrumentalne, w których na prowadzenie wysuwają się to dźwięczne brzmienia sześciu strun, to ciepłe, pulsujące dźwięki basu. Kolejny popis sekcji rytmicznej otwiera zresztą i utwór następny, The Song Will Remain, napędzany poprzez jaskrawy kontrast pomiędzy oszczędnymi w ekspresywności zwrotkami, a potężną melodią jednego z najlepszych na płycie refrenów. Utwór siódmy stanowi przełamanie konwencji, którą CETI obrało na poprzedniej płycie Ghost Of The Universe - Behind The Black Curtain; na tymże wydawnictwie brakowało typowych ballad, na Brutus Syndrome jest natomiast inaczej. To właśnie Somethin' More stanowi ów oczekiwany odwrót od zadziornych riffów i szaleńczego tempa. Pod tym właśnie tytułem CETI serwuje nam refleksyjną i przejmująco zaśpiewaną balladę, która od łagodnych akustycznych brzmień niespodziewanie przechodzi do dynamicznego i pełnego ekspresji finału. Trudno przy tym oprzeć się wrażeniu, że jest to swego rodzaju nawiązanie, być może zresztą nieprzypadkowe, do Sailing Ships z pewnej płyty Białego Węża - i kolejny dowód na to, że Grzegorz Kupczyk dawno już znajduje się w tej samej lidze wokalistów, co David Coverdale, choć obecną formę obu panów trudno porównywać na korzyść legendarnego Anglika. Podobnie łagodne, akustyczne intro otwiera również Second Sin , jednak dalej następuje gwałtowna zmiana tempa i charakteru utworu, przekształcająca ósmy na Brutus Syndrome numer w porcję zgrzytliwych, zadziornych riffów na tle potężnych klawiszy. Będący kolejną porcją soczystych gitarowych dźwięków Sons Of Brutus w niczym nie ustępuje swoim poprzednikom. Poprzedza on finałowy na płycie Run To Nowhere, nawiązujący swym monumentalnym charakterem do stylu klasycznych płyt Dio i zarazem okraszony fantastycznymi chórkami. Pełnowymiarowe wydawnictwo Brutus Syndrome to jednak nie jedyny owoc ostatnich prac CETI w studiu nagraniowym. Płytę zapowiadał bowiem wspomniany już, wydany również nakładem Metal Mind Productions singiel CETI A.D. 2014 . Na nim znalazła się wspomniana już kompozycja premierowa z "Brutus..." - pędzący na złamanie karku Wizards Of The Modern World oraz zrealizowany do niego czarno-biały wideoklip w reżyserii Dominika Czecha. Jest on zrealizowany we wszystkim dobrze znanej konwencji "rock performance video" i ukazuje muzyków podczas prac nad nagraniami oraz występujących na żywo (na kanwie ujęć pochodzących z czerwcowego koncertu CETI w Malborku). Są tu także dwie nagrane ponownie wersje utworu znanego z... pierwszej, wydanej w 1989 r. płyty zespołu Czarna Róża. Zmysłowej, a jednocześnie brzmieniowo rozpędzonej C.E.T.I'i z debiutu z pewnością trudno było w swoim czasie zarzucić brak pazura czy mocy. Współczesna produkcja i możliwości techniczne (nie wspominając o wciąż znakomitej formie zespołu) czynią jednak utwór w wersji "A.D. 2014" jeszcze potężniejszym. Zmianie nie uległ natomiast tekst polskojęzycznej C.E.T.I.i A.D. 2014. Udowadnia to ponad wszelką wątpliwość, że przez lata nie złagodniał także sam podmiot liryczny, opowiadający swą podszytą erotyzmem historię głosem Grzegorza Kupczyka. Swego rodzaju ciekawostką natury lingwistycznej jest natomiast druga wersja C.E.T.I'i, czyli anglojęzyczne Game Of Love ze zgrabnie przetłumaczonym tekstem nietracącym nic z ekspresywności oryginału i subtelnie coverdale'owską końcówką.
Singiel CETI A.D. 2014 to jednak nie koniec zapisu efektów sesji nagraniowej Brutus Syndrome. Specjalnie dla Hard Rock Service uchylimy teraz rąbka tajemnicy co do kolejnego rarytasu ściśle powiązanego z premierą nowej płyty CETI i jubileuszem zespołu. Mianowicie, wedle planów, w grudniu bieżącego roku do rąk fanów i kolekcjonerów trafi drugi singiel promujący Brutus Syndrome. Będzie on nosił tytuł Killing Time i, podobnie jak poprzednik, zawierał trzy utwory oraz wideoklip. Znów mamy tu do czynienia z jednym utworem w dwóch wersjach językowych - tytułowy Killing Time/Czas Zła elektryzuje muskularnym, potężnym riffem i zadziornym brzmieniem sekcji rytmicznej, nijak nie odbiegając poziomem od reszty materiału spod znaku Brutus Syndrome. Prawdziwa wisienka na torcie to jednak zawarta na singlu wersja Game Of Love, w której to Grzegorz dzieli partie wokalne z... Alessandro Del Vecchio we własnej osobie. Obaj panowie mieli okazję spotkać się po raz pierwszy w maju bieżącego roku na warszawskim koncercie poświęconym pamięci Ronniego Jamesa Dio "King Of Rock'n'Roll". Efektem tego spotkania jest właśnie niecodzienny wokalny duet. Efektem, co przyznać należy w tym miejscu, nadzwyczaj udanym - dźwięczny, wysoki tembr głosu Alessandro znakomicie uzupełnia charakterystyczne wokale Kupczyka, podsycając jeszcze dynamizm już i tak ognistego utworu. Rzadko zdarzają się duety wokalne tak bezbłędnie dopasowane, a jednocześnie tak ekspresywne, wynoszące piosenkę na jeszcze wyższy poziom. Pierwszym, które się nasuwa i najszczęśliwszym chyba porównaniem są wokalizy duetu Coverdale/Hughes znane z płyt Deep Purple Mark III, jednak w zdecydowanie zadziorniejszej, metalowej oprawie. Pozostaje mieć więc nadzieję, że Game Of Love oznacza dopiero początek współpracy obu muzyków i od tego nowozawiązanego, a zarazem znakomitego duetu wokalnego usłyszymy jeszcze niejedno. Wracając zaś do zawartości singla Killing Time, nie można zapomnieć także o bonusie w postaci wspomnianego już teledysku do Game Of Love właśnie. To oryginalnie zrealizowany obrazek typu "lyric video", ostatnio coraz popularniejszy wśród wielu wykonawców także z kręgów rockowych.
Zarówno Brutus Syndrome, jak i pochodzące z tej samej sesji nagraniowej single CETI A.D. 2014 i Killing Time, cechuje przede wszystkim bardzo wysoki poziom wykonawczy oraz swego rodzaju zachowawczość, wychodząca na dobre brzmieniu zespołu. Zamiast iść drogą muzycznych eksperymentów czy (najczęściej niepotrzebnych) udziwnień, na ćwierćwiecze działalności CETI wybrało raczej kompromis pomiędzy nowoczesnym brzmieniem, a przywiązaniem do kanonów hard'n'heavy. Jest więc gitarowo, ostro i zadziornie, ale jednocześnie melodyjnie - w sferę instrumentalną z pewnością wiele wniosło dołączenie do zespołu Tomasza Targosza, bo to właśnie sekcja rytmiczna jest jednym z najmocniejszych punktów tak Brutus Syndrome, jak i pozostałych nagrań. Gdzieś w tle przewijają się echa Iron Maiden czy Black Sabbath, które z pewnościa wychwyci ucho słuchacza szczególnie wyczulonego na brzmieniowe nawiązania do klasyki gatunku, jednak te smaczki dodają nagranemu materiałowi tylko kolorytu i różnorodności. Przede wszystkim bowiem ta płyta to wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać od triumfalnego powrotu legendy polskiego hard rocka - nienaganna praca sekcji rytmicznej, fantastyczne, ciężkie gitary, w tle klimatyczne klawisze, a do tego wokal, o którym napisano już chyba wszystko i który wciąż nie doczekał się godnej dla siebie konkurencji... Mocne, solidne kompozycje na Brutus Syndrome oraz singlach CETI A.D. 2014 i Killing Time z pewnością nie dadzą o sobie szybko zapomnieć słuchaczom i dużo czasu upłynie, nim płyty te pokryją się na półce warstwą kurzu. I choć do końca bieżącego roku pozostają jeszcze dwa miesiące i w kolejce czeka wciąż kilka obiecujących premier, już teraz możemy z dużym prawdopodobieństwem zaryzykować stwierdzenie, że CETI uraczyło nas płytą roku. Autor: Aleksandra 'Twisted' Mrozowska
DO GÓRY