BRUTUS SYNDROME CETI okładka M-ARTKrążęk IDEALNY...!  Grzegorz Kupczyk to dla polskiego metalu postać kultowa, doskonale znana i nie ma potrzeby przywoływać jego muzycznej biografii. Jest dla CETI tym, czym dla rosyjskiego metalu Walery Kipiełow, a dla całego świata Bruce Dickinson - nie tylko rewelacyjnym wokalistą, ale także nieprzeciętną osobowością sceniczną. Nowa płyta tylko potwierdza klasę Grzegorza i pozostałych członków zespołu, ale o tym za kilka chwil.
Zaczyna się niemal niczym Painkiller Judas Priest, ostrym perkusyjnym wejściem, które zdaje się już na samym początku mówić, że Kupczyk i spółka naszykowali rzecz godną uwagi. Późniejsze dźwięki tylko to potwierdzają: Dziesięć kompozycji na płycie to bardzo trafny heavy metal, pełen melodyjnych, pozostających w głowie na długo riffów, solówek i refrenów. Z jednej strony nikt tu się nie sili na innowacje - płyta z daleka pachnie wspomnianymi wyżej albumem Judasów, a wokal Grzegorza przypomina momentami Dickinsona - z drugiej zaś słychać subtelne wpływy trochę młodszych gatunków i zespołów (szczególnie tych, na których czele stał lub stoi Kipiełow). Całości wychodzi to oczywiście na dobre, dzięki temu płyta na pewno nie jest nudna i jednoznaczna. Poszczególne kompozycje są zróżnicowane, nie ma tu mowy o graniu na jedno kopyto: Z jednej strony mamy tu szybkie, ostre numery będące kanonadą pojawiających się ciągle riffów (Wizards of the Modern Worls, Fight to Kill), z drugiej - spokojniejsze, bardziej stonowane kompozycje (z niepozorną, ale okazującą się świetną po kilku przesłuchaniach balladką Somethin' More). Wszystkie utwory można zresztą traktować oddzielnie, nie jako spójną całość. Wychodzi to na dobre przy odbiorze, bowiem można wtedy dostrzec, że każdy z nich jest osobną, niebanalną, muzyczną historią okraszoną - bez wyjątku! - znakomitym tekstem. Co nowego można wymyślić w heavy metalu? Nic. Pisałem o tym wielokrotnie w recenzjach płyt o takiej stylistyce, zatem teraz też nie omieszkam o tym wspomnieć. Brutus Syndrome nie jest albumem innowacyjnym, pobrzmiewają w nim echa dość oczywistych inspiracji zespołu, ale że CETI nagrali płytę na światowym poziomie, absolutnie nie uważam tego za wadę. Sięgnięto po odpowiednie muzyczne perełki, żeby na ich podstawie stworzyć kompletne, wręcz idealne heavymetalowe dzieło, które niczym Kawaleria Szatana Turbo powinno mieć swoje miejsce w kanonie legendarnych płyt polskiego metalu. Album to Rewelacja przez duże R: Świetne, pomysłowe riffy przeplatają się z epickimi niemalże solówkami, które prowadzą z kolei do melodyjnych refrenów, na których opierają się wszystkie kompozycje. Dodając do tego nieprzeciętne i dające do myślenia teksty, dostajemy muzyczną mieszankę idealną - nie za ciężko, nie za lekko, z odpowiednim wyczuciem, po prostu w sam raz. Mocna rzecz! Po raz kolejny sprawdza się teza, że za co się Grzegorz Kupczyk nie weźmie, z tego powstanie dobra muzyka. Wszyscy znamy doskonale jego legendarną już muzyczną spuściznę, z której czerpać mogą młode zespoły, jednak teraz wraz z pozostałymi muzykami CETI dokonali rzeczy znakomitej: Popełnili jeden z najlepszych heavymetalowych albumów od lat, nie tylko w Polsce. W porównaniu z tym materiałemRedeemer Of Souls Halforda i spółki wypada blado... Z zagranicznych tuzów tylko Accept ze swoim Blind Rage może w tym roku stanąć w szranki z najmłodszym dzieckiem dumy polskiego heavy, które zbiera świetne recenzje w naszym kraju i za granicą. Ta nie jest inna, i to bynajmniej nie przez patriotyzm. Jako fan klasycznego heavy metalu nie mogę po prostu przejść obojętnie obok materiału, który wgniótł mnie w ziemię i pozostawił tam na długo z ustami rozdziawionymi z zachwytu. Jest to krążek idealny i, mimo długiego zastanowienia, nie mam się do czego przyczepić. Jak dla mnie płyta roku 2014, nie tylko w Polsce. Wątpię bowiem, żebym do końca roku natrafił na coś o zbliżonym choćby poziomie, czego do tej pory nie znałem.
Patryk Lachowski: 10/10
DO GÓRY