Nowy album CETI "Brutus Syndrome" albumem miesiąca METAL HAMMER - zajrzyjcie, a w nowym numerze również relacja z przedpremierowego koncertu we Wrocławiu - przeczytajcie koniecznie znakomity tekst Rafała Monastyrskiego przybliżający sam album, którego premiera już za tydzień - 3 listopada ! ALBUM MIESIĄCA  CETI Brutus Syndrome (Metal Mind Productions) Cztery dni. Tyle czasu zajęła ekipie z CETI rejestracja „Brutus Syndrome”. Rejestracja z naciskiem położonym na naturalność brzmienia. Jak za czasów dla muzyki hard’n’heavy najbardziej owocnych. Te fakty, wespół z obfitym przypływem pomysłów spod znaku aż do bólu klasycznego heavy metalu, prawdopodobnie w sposób kluczowy wpłynęły na charakter nowego materiału. Nowego i świeżego, ale podobnie jak w przypadku ostatnich dokonań Accept, w sposób bezpośredni nawiązującego do klasyki gatunku. „Toż to ma energię jak wczesny Maiden”, taka oto myśl-samotniczka przebiegła mi przez głowę po pierwszych kilku przesłuchaniach. Po kolejnych bynajmniej nie ustąpiła, za to niejasne podejrzenia o muzyczną wtórność rozwiały się w sposób jednoznaczny i radykalny, ustępując miejsca zachwytowi. Tak, tak, autentycznemu zachwytowi. Może to dlatego, że na podobnego rodzaju materiał z obozu Żelaznej Dziewicy nawet już nie czekam? Brytyjczycy albo nie chcą, albo nie potrafią już tak grać, nic też dziwnego, że w zestawieniu z usypiającym „The Final Frontier” „Brutus Syndrome” prezentuje się niczym prawdziwy heavymetalowy wulkan, z którego jak wrząca lawa wystrzeliwują kolejne doskonałe riffy, rasowe solówki i pełne pasji partie wokalne. „Monastyrski znowu przesadza, znowu tonie w potoku własnej grafomanii…”, macie pełne prawo stwierdzić, nic jednak nie poradzę, że napędzany i nakręcany kolejnymi kontaktami z „Brutus…”, z dokładnie takimi odczuciami się zmagam. Schodząc na moment na Ziemię, spróbuję jednak dociec, w czym dokładnie tkwi siła tego albumu. Po pierwsze więc – w wokalach. Grzegorz Kupczyk po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najlepszych heavymetalowych wokalistów w tym kraju. Sposób, w jaki balansuje pomiędzy partiami utrzymanymi w rejestrach od umiarkowanych po najwyższe, jest doprawdy imponujący. I nieprzypadkowy, co udowodnił na żywo dwa dni temu we Wrocławiu podczas przedpremierowego koncertu, gdzie zespół wykonał dokładnie połowę kompozycji z „Brutus…”. Atut drugi to gitarowa maestria (znowu nadużywam?... po trzykroć nie!) Bartosza Sadury. Wycinane przez niego riffy, prócz mocy, posiadają też znak jakości najbardziej rasowego heavy metalu i hard rocka. Melodyjne pasaże i nie tylko techniczne, ale i pełne emocji solówki (choćby w „Fight To Kill”, „Wizards Of The Modern World”, „Masters Of Dull”, „The Evil And The Troy”… i w zasadzie we wszystkich pozostałych kompozycjach), stanowią prawdziwą ozdobę tej płyty. Do gry sekcji rytmicznej również w żaden sposób przyczepić się nie da, za to należałoby pochwalić wybór nowego basisty. Dzięki Tomkowi Targoszowi materiał ten dodatkowo pulsuje, tętni i żyje, a pięknie wyeksponowany bas porywającego charakteru dodaje m.in. „Wizards…”, „The Evil…” (basowe solo!), „Devil Made Me Do It” czy „Second Sin”. No i pozostały jeszcze Marihuany harce na keyboardzie… Bardzo lubię partie klawiszy w heavy metalu, ale pod warunkiem, że są mądrze wykorzystane. Dokładnie tak dzieje się na „Brutus…”, gdzie zazwyczaj dyskretne motywy, uzupełniające przestrzeń gdzieś pomiędzy gitarowymi riffami, w pełni wyeksponowane są dokładnie tam, gdzie należy, czyli choćby w balladowym „Somethin’ More” czy niepokojącym „Run To Nowhere”, w którym poziom niepokoju zdecydowanie potęgują. Co do charakteru samych kompozycji, to nudzić się przy „Brutus… zdecydowanie nie można. „Fight To Kill” i „Wizards…” galopują zgodnie z najlepszymi tradycjami heavy metalu. „The Evil…” pełen jest esencjonalnych dla gatunku riffów, wyróżnia się też rozbudowaną sekcją solową. Bardziej stateczny „The Song Will Remain” to ni mniej, ni więcej tylko rasowy hard rock. „Masters Of Dull” raz jeszcze znakomicie nawiązuje do Maiden, a śpiewne „ooooo…” w finale jedynie to potwierdza. „Run To Nowhere” świetnie łączy ciężar i zabójczą motorykę ze wspomnianym wcześniej nastrojem niepokoju. „Sons Of Brutus” w sposób miażdżący najzwyczajniej wgniata w glebę, za to „Somethin’ More” działa nadzwyczaj kojąco, choć nie brak w nim motywów zaczepnych i drapieżnych. Pomimo zróżnicowania, jako całość, „Brutus…” jest materiałem bardzo konkretnym i zwartym, a stylistycznie jednolitym. Tradycyjnym, ale nie archaicznym, co można odnieść także do brzmienia. Sound „Brutus…” jest w pewnym stopniu surowy, jednak z pewnością nie rachityczny. Za to soczysty, organiczny i dynamiczny - jak najbardziej. Podsumowując całość, pozwolę sobie na jeszcze jeden górnolotny spazm: „Brutus Syndrome” jest nie tylko jednym z najmocniejszych albumów CETI, ale i jednym z najlepszych heavymetalowych materiałów z Polski rodem. A teraz niech zweryfikuje to historia… Rafał Monastyrski metal-hammer-11-2014
DO GÓRY